Według ostatnich analiz NFZ i Fundacji Watch Health Care średni czas oczekiwania na wizytę u lekarza specjalisty w Polsce to około 4,2 miesiąca. Do endokrynologa w skali kraju pacjenci czekają zwykle 6–8 miesięcy, a do neurologa około 2–3 miesięcy, w zależności od regionu i trybu przyjęcia.
REKLAMA
W tym samym czasie prywatne konsultacje – w tym telemedyczne – są dostępne najczęściej w dniach, a w modelach on-demand nawet w kilkanaście minut od zgłoszenia. Pytanie nie brzmi jednak, czy telemedycyna jest wygodniejsza, lecz czy może systemowo odciążyć NFZ, nie naruszając standardów leczenia i prawa.
O tym rozmawiamy z Piotrem Sochanem, przedsiębiorcą od lat związanym z projektami medycznymi i twórcą platformy DoktorPlus.pl.
Zacznijmy od skali: gdzie dziś widać największe „wąskie gardła” systemu publicznego?
Piotr Sochan:
Jeżeli średni czas oczekiwania na wizytę u specjalisty to cztery miesiące, a do endokrynologa przeciętnie 6–8 miesięcy, to nie jest już pojedyncza „przypadłość” systemu, tylko jego stała cecha.
Pacjent w tym czasie nie czeka „na krzesłach w kolejce”. Żyje normalnie, ale bez aktualnej decyzji lekarskiej w sprawie leczenia. To oznacza miesiące z nieustabilizowaną farmakoterapią i niepewnością co do dalszej diagnostyki.
Jednocześnie duża część tych wizyt to kontrole, przedłużenie terapii, interpretacja badań – czyli sytuacje, w których główna praca odbywa się na poziomie wywiadu, dokumentacji i decyzji, a nie badania fizykalnego. I to jest obszar, gdzie telemedycyna może realnie przejąć część obciążenia.
W jakich konkretnie obszarach telemedycyna może odciążyć NFZ?
Piotr Sochan:
Wszędzie tam, gdzie kluczowy jest czas do decyzji lekarskiej, a nie to, czy pacjent siedzi fizycznie w poczekalni.
Dla wielu osób najważniejsze jest uzyskanie odpowiedzi na pytania:
- czy kontynuować obecną terapię,
- czy zmieniać dawkę,
- czy włączać nowy lek,
- czy potrzebne są dodatkowe badania i jak pilnie,
- czy w danym momencie uzasadnione jest wystawienie e-recepty lub e-skierowania.
To są decyzje, które da się podjąć w oparciu o konsultację zdalną, jeśli lekarz ma dostęp do wywiadu, wyników badań i historii leczenia. Gdy w NFZ mówimy o kilku miesiącach, a w modelu telemedycznym typowy czas na konsultację wynosi 1–3 dni, czasem krócej, to jest już zupełnie inna skala dostępności.
To nie jest „konkurencja” dla NFZ. To raczej mechanizm, który przejmuje powtarzalne, kontrolne elementy opieki, zostawiając systemowi publicznemu więcej miejsca na diagnostykę i przypadki wymagające bezpośredniego badania.
W przestrzeni publicznej telemedycyna bywa sprowadzana do „szybkiej recepty”. Co jest największym nieporozumieniem w takim ujęciu?
Piotr Sochan:
Największe nieporozumienie polega na tym, że odwraca się kolejność. W medycynie zawsze najpierw jest proces, a dopiero później dokument.
W DoktorPlus konsekwentnie używamy sformułowania „konsultacja z możliwością e-recepty”, a nie „zamów receptę online”. Pacjent zaczyna od wypełnienia formularza medycznego, który jest częścią wywiadu. Lekarz analizuje informacje, może poprosić o doprecyzowanie objawów, wyniki badań, historię leczenia. Dopiero po tej analizie zapada decyzja lekarska: czy wystawić e-receptę, zmodyfikować terapię, zlecić badania czy przekierować do wizyty stacjonarnej.
E-recepta jest możliwa wyłącznie wtedy, gdy istnieją wskazania medyczne. Pacjent uiszcza opłatę za konsultację, nie za „gwarancję recepty”. Ta różnica w języku porządkuje odpowiedzialność i oczekiwania.
Jak powinien wyglądać bezpieczny model telemedyczny, jeśli rozłożyć go na elementy?
Piotr Sochan:
Po pierwsze – kwalifikacja do teleporady. Nie każdy problem da się bezpiecznie prowadzić zdalnie. W części przypadków lekarz, już po analizie formularza i dokumentacji, decyduje, że lepsza będzie wizyta stacjonarna lub diagnostyka.
Po drugie – struktura konsultacji. Proces obejmuje:
- wypełnienie formularza medycznego przez pacjenta,
- wywiad i analizę informacji przez lekarza,
- indywidualną ocenę przypadku,
- decyzję lekarską i plan leczenia albo jasne zalecenia co do dalszych kroków.
Po trzecie – dokumentowanie. Teleporada to świadczenie zdrowotne. Musi zostawić po sobie ślad w dokumentacji: opis rozpoznania lub podejrzenia, zalecenia, uzasadnienie decyzji. Tylko wtedy telemedycyna jest częścią realnego systemu ochrony zdrowia, a nie jednorazową usługą online.
Jak weryfikujecie lekarzy i ich kwalifikacje? To jeden z głównych punktów, na które zwracają uwagę pacjenci.
Piotr Sochan:
Tutaj nie ma miejsca na skróty. Współpracujemy wyłącznie z lekarzami posiadającymi aktywne prawo wykonywania zawodu, zweryfikowane w oficjalnych rejestrach PWZ oraz w dokumentach potwierdzających specjalizacje i doświadczenie. To jest warunek wejścia do systemu, nie przewaga konkurencyjna.
Dopiero na tym fundamencie można układać grafik, procedury czy standardy konsultacji. Pacjent musi mieć pewność, że po drugiej stronie jest lekarz, a nie anonimowy profil.
Jak w praktyce wygląda u Was dostosowanie do art. 14 ustawy o działalności leczniczej, który zakazuje reklamy działalności leczniczej?
Piotr Sochan:
Ten przepis mówi wprost: podmiot leczniczy może informować o zakresie i sposobie udzielania świadczeń, ale nie może prowadzić reklamy w rozumieniu agresywnej perswazji, obietnic efektów czy porównań typu „najlepszy”, „najszybszy”.
Dlatego przyjęliśmy zasadę: fakty zamiast przymiotników. Komunikujemy, jak działa proces, jakie są możliwe ścieżki, jakie są ograniczenia. Operujemy danymi – np. różnicą pomiędzy kilkoma miesiącami w kolejce do specjalisty a konsultacją w ciągu kilku dni – zamiast sloganów .
To jest strategia defensywna, ale w ochronie zdrowia właśnie taka strategia buduje trwałe zaufanie – zarówno po stronie pacjenta, jak i lekarza, który nie chce być bohaterem kampanii reklamowej, tylko profesjonalistą realizującym świadczenia.
Od strony biznesowej: czy ten model da się skalować, nie obniżając standardów medycznych?
Piotr Sochan:
Skalować można proces, a nie medycynę jako taką.
Do skalowania nadają się:
- formularze medyczne dopasowane do jednostek chorobowych,
- procedury obiegu informacji,
- algorytmy kierowania pacjentów do właściwych specjalistów,
- sposób komunikacji z pacjentem przed i po konsultacji.
Nie da się uczciwie skalować indywidualnej decyzji lekarskiej – i nie powinno się tego próbować. Lekarz musi mieć przestrzeń na ocenę przypadku, odmowę wystawienia dokumentu, jeśli nie ma wskazań, i skierowanie pacjenta do innej formy opieki.
Telemedycyna jest infrastrukturą, która porządkuje proces i przyspiesza kontakt. Decyzja medyczna pozostaje niepodzielnie po stronie lekarza.
W jakim kierunku będzie, Pana zdaniem, ewoluował rynek prywatnej opieki zdrowotnej w Polsce?
Piotr Sochan:
W kierunku modeli hybrydowych. Publiczny system pozostanie podstawą, ale presja demograficzna i epidemiologiczna będzie go stale testować. Prywatne podmioty, w tym platformy cyfrowe, będą przejmować część opieki w obszarach, gdzie czas i organizacja są ważniejsze niż lokalizacja gabinetu.
Pacjent coraz rzadziej myśli kategoriami „NFZ albo prywatnie”. Często równolegle korzysta z obu ścieżek: ma wyznaczony termin w poradni publicznej, a jednocześnie decyduje się na szybką teleporadę, żeby nie czekać kilka miesięcy na podstawowe rozstrzygnięcia terapeutyczne.
Jeżeli chcemy realnie odciążyć NFZ, telemedycyna musi być komplementarna, a nie konfrontacyjna – obsługiwać sprawy, które można bezpiecznie załatwić zdalnie, i w jasny sposób odsyłać pacjenta tam, gdzie potrzebne jest badanie fizykalne lub diagnostyka na miejscu.